Tytuł: "Chłopiec do bicia"
Źródło: "FILM" 1981 r., nr 08 , s.10-11;18-19
Autor: Zagroba Bohdan


"CHŁOPIEC DO BICIA"


Zagroba Bohdan: Komedie, zwłaszcza komedie współczesne, są w polskim kinie wielką rzadkością. Byłoby więc logicznie, gdyby próby w tym kierunku witane były z radością.

Stanisław Bareja: Żadnej taryfy ulgowej, nawet ze strony Naczelnego Zarządu Kinematografii. Najlepszym przykładem może być ciernista droga mojego ostatniego filmu Miś , któremu dopiero posierpniowe zmiany i odejście poprzedniego szefa kinematografii otworzyły drogę na ekrany. A przecież w grę wchodziła skromna figura, prezesa klubu sportowego, który za wszelką cenę chce odebrać twarde waluty z konta w Londynie.

Zagroba Bohdan: Skąd Pan wiedział, że właśnie w Londynie?

Stanisław Bareja: Ze Staszkiem Tymem, współscenarzystą i odtwórcą głównej roli nie mieliśmy nikogo konkretnego na myśli. Zwłaszcza postawionego tak wysoko. Przecież ten film powstał dwa lata temu. Ale chciałbym jeszcze wrócić do pierwszego pytania: krytyka również nas nie rozpieszcza. Jej apetyty wyostrzają bardzo dobre komedie amerykańskie, których nie brak w naszych kinach. Ale gwoli właściwych proporcji, Pałac Kultury to nie Empire Building, a syrena to nie ford Capri. Krytyka korzysta z okazji, kiedy może komuś zdrowo przyłożyć. Tylko publiczność, złakniona chwili relaksu, na ogół nie przepuszcza żadnego z moich filmów.

Zagroba Bohdan: Czy Pan nie przesadza z tą ciernistą drogą?

Stanisław Bareja: Proszę, oto lista pokolaudacyjnych poprawek. 38 pozycji. Wycięcia i zmiany w obrazie, w dialogach. Nie mogło być na przykład zbliżenia polskiej szynki w londyńskim sklepie, choć to nie taka tajemnica, że eksportujemy mięso na Zachód. Nie mogło paść zdanie: To jest Miś (chodziło o bohatera filmu, postać niezbyt sympatyczną) na skalę naszych możliwości, a nie potrzeb . Nie można było pokazać wiecujących filmowców, ani też kupowania mięsa w kiosku Ruchu itp. W sumie zmiany oznaczały usunięcie 700 metrów, czyli jednej czwartej filmu. Czuwano również nad właściwym kształtem scenariusza. Na przykład mój bohater nie mógł się nazywać Ryszard Nowohucki. Poprzedni film Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz spotkał okrutniejszy los. Najpierw film odłożono na półki, a po nagłej zmianie szefa kinematografii zgodzono się na jego udostępnienie, ale tylko w 6 kopiach i za cenę usunięcia 300 metrów. Co miałem zrobić! Nie ukazał się również plakat, chociaż był bardzo ładny: przedstawiał naturalistycznie wymalowanego prosiaka z zapalonym lontem na ogonku. Brunet wieczorową porą fryzowany był trzykrotnie w odstępach kilkutygodniowych. Za każdym razem film trzeba było rozmontowywać, na nowo przegrywać dialogi, sklejać. A, że to kosztowało dziesiątki tysięcy, nikogo nie bolała głowa. Premiera opóźniona była o pół roku, płacono odsetki bankowi. Czy wystarczy przykładów? Wydaje mi się, że łatwiej było zrealizować i wprowadzić na ekran krytyczny dramat niż satyryczną komedię. Taka atmosfera paraliżowała wyobraźnię.

Zagroba Bohdan: Komedia wymaga profesjonalizmu. Wszystko musi być precyzyjnie obmyślone. Jak dają sobie radę nasi specjaliści od komedii bez zawodowych scenarzystów i gagmanów?

Stanisław Bareja: Tylko Tadeusz Chmielewski sam, bez pomocy współpracowników przygotowuje scenariusz i obmyśla gagi. Ale realizuje jeden film na pięć lat. W latach sześćdziesiątych opierałem się na scenariuszach zawodowych literatów dorabiając tylko część gagów. Powoli wykruszała się stara kadra autorów stawiających pierwsze kroki, jeszcze przed wojną. Młodszych, wśród których niewątpliwie wybijał się Jacek Fedorowicz, poważnie zainteresowany filmem, zniechęciły trudności. W dodatku stawki w kinematografii są bardzo niskie, a honor niewielki. Znacznie lepiej opłaca się pisać dla sceny. Powoli więc reżyserzy pozostali sam na sam ze swoimi pomysłami. W latach siedemdziesiątych sam zasiadłem do pisania, które nie ukrywam idzie mi powoli. Moja samowystarczalność kończy się na noweli. Zazdroszczę tym, którzy potrafią wymyślić dowcipne , aluzyjne i lekkie dialogi. Kilkakrotnie udało mi się namówić do współpracy Jacka Fedorowicza, a ostatnio Staszka Tyma. Nie można wesprzeć się literaturą komediową, bo praktycznie taka w Polsce nie istnieje.

Zagroba Bohdan: W ten sposób zaczął Pan realizować filmy autorskie?

Stanisław Bareja: Żadna to pociecha. Zatwierdzanie scenariusza to osobna epopeja. Komisje scenariuszowe od niepamiętnych czasów preferują propozycje bardzo dobrze napisane literacko, często nieprzekładalne na język obrazów. Gagi to stosunkowo proste sytuacje, a nie materiał na wielką literaturę Kolejne nieporozumienie to domaganie się od komedii i jej bohaterów tej samej głębi i wielkości, co w dramacie. W dramacie na przykład pożądane jest, żeby bohater był przynajmniej o włos mądrzejszy, lepszy czy wrażliwszy od widza. Natomiast struktura humoru wymaga odwrotnego założenia. Widz ma być mądrzejszy, inteligentniejszy od bohatera. Bo śmiech to poczucie wyższości. Bohater, a przede wszystkim grający go aktor, musi dać się ośmieszyć. Im będzie większym fajtłapą, tym pewniej czuje się widz, tym łatwiej uwalnia się od ko mpleksów. Flip i Flap ośmieszali samych siebie. Roman Kłosowski znakomicie wykorzystał swoje cechy fizyczne. Klasycznym przykładem są cyrkowi klowni, bardzo sprawni i błyskotliwi, ale na arenie głupcy i fajtłapy. Byleby widzowie czuli się pewniejsi. Tego wszystkiego nie biorą pod uwagę komisje, scenariuszowa i kolaudacyjna, kiedy biorą pod lupę najpierw scenariusz, a potem gotową.

( niniejszy wywiad pochodzi ze strony www.rzeszu.republika.pl )