Tytuł: "Ring"
Autor: Zdzisław Pietrasik


"RING"


Zdzisław Pietrasik : Czy pan ma poczucie humoru?

Stanisław Bareja:Jak panu odpowiem, że nie mam, to pan zapyta, po co kręcę komedie, jeżeli powiem, że mam, to pan powie, że jestem zarozumiały... Po prostu lubię robić komedie.

Zdzisław Pietrasik : Czyta pan recenzje ze swoich filmów?

Stanisław Bareja: No, czytam oczywiście.

Zdzisław Pietrasik : Mógł pan się sto razy załamać...

Stanisław Bareja: Ja powiem szczerze za pewną grupę filmów byłem słusznie bity. W latach sześćdziesiątych znalazłem się w grupie produkcyjnej, która była nastawiona na robienie filmów komercyjnych. Umiem robić to, co się ludziom podoba.

Zdzisław Pietrasik : Już na starcie zrezygnował pan z ambicji?

Stanisław Bareja: Jak się przebywa w środowisku, w którym tego typu twórczość jest chwalona, to człowiek nie zdaje sobie sprawy, że zaczyna brnąć w ślepy zaułek. Potrafiłem jednak opamiętać się...

Zdzisław Pietrasik : Krytyka raczej tego nie zauważyła?

Stanisław Bareja: Niestety, prawidłowość jest taka, że reżysera szufladkuje się na podstawie pierwszych filmów. Tak już zostaje do końca, choćby człowiek na głowie stawał. A jeżeli uda się takiemu reżyserowi zrobić film lepszy, to recenzenci się tylko zdziwią...

Zdzisław Pietrasik : To nie jest sprawa tylko recenzentów. W 1974 roku na zorganizowanym przez studentów poznańskich Ogólnopolskim Festiwalu Kiczu Filmowego uhonorowany pan został główną nagrodą.

Stanisław Bareja: No i słusznie. Tylko dlaczego tak późno? Przecież Przygoda z piosenką, za którą zostałem w Poznaniu wyróżniony to był film jeszcze z lat sześćdziesiątych.

Zdzisław Pietrasik : Przygoda z piosenką to był modelowy przykład stylu zwanego bareizmem...

Stanisław Bareja: To długa historia... Mniej więcej 25 lat temu była sobie w łódzkiej szkole filmowej grupa przyjaciół, nazywała się według ówczesnej mody Kolektyw . Sześć osób w sumie...

Zdzisław Pietrasik : Nazwiska może pan przypomnieć.

Stanisław Bareja: Tego panu nie mogę powiedzieć. Otóż mieliśmy taki pamiętnik, gdzie każdy wpisywał swoje pomysły, uwagi, żarty. Sporo było tam moich wpisów. Ja miałem skłonność do humoru absurdalnego ten rodzaj żartu nazwano bareizmem. Potem grupa się rozpadła. Wszyscy jej byli członkowie pracują dziś w filmie fabularnym. Jedni lubią się bardziej, inni mniej... Jeden z nich próbując kiedyś mi dopiec, użył terminu bareizmu, za określenie czegoś, co jest w złym stylu. Bardzo mnie to zabolało. Bo jak atakuje nieznajomy, nie jest to dla mnie czymś strasznym, ale kiedy to robi przyjaciel...

Zdzisław Pietrasik: I termin się przyjął. Bareizm to schlebianie gustom drobnomieszczańskim...

Stanisław Bareja: To nieprawda, że schlebianie gustom drobnomieszczańskim, natomiast jest prawdą, że robiłem filmy rozrywkowe, po prostu. Wydawało mi się, że potrzebne są komedie podobne do tych jakie sprowadzaliśmy wtedy z Ameryki.

Zdzisław Pietrasik: Upiększał pan naszą rzeczywistość, ładne, sympatyczne wszystko było. Wille, białe telefony...

Stanisław Bareja: No, trochę upiększałem, parę filmów z tamtych czasów rzeczywiście wspominam z niechęcią.

Zdzisław Pietrasik: Które?

Stanisław Bareja: Strasznie nie lubię samokrytyki...

Zdzisław Pietrasik: Pomogę przypomnieć. Żona dla Australijczyka ...

Stanisław Bareja: No właśnie, ma pan. Nie będę się teraz wypierał tego, co przedtem zrobiłem, to jest część mojej twórczości. Nie były to zresztą wielkie katastrofy, nikt do tego nie dopłacał z własnej kieszeni. Ile w tym czasie powstało nieudanych dramatów psychologicznych, filmów wojennych bylejakich, do których państwo dopłacało! I nikt na twórcach tych arcydzieł psów nie wieszał. To jest szalenie dziwna sprawa, że tylko autorów nieudanych komedii próbuje się natychmiast wykończyć. Nieudanych według krytyków, opinie widzów bywały przecież inne.

Zdzisław Pietrasik: Pan wierzy, że publiczność zawsze ma rację?

Stanisław Bareja: Tak powiedział Goldwyn ze słynnej wytwórni Metro-Goldwyn-Meyer. Publiczność głosuje nogami i na ogół nie myli się.

Zdzisław Pietrasik: Widz nie zawsze ma dobry gust.

Stanisław Bareja: Uważam, że widz nie pójdzie na zły film. Mówi się na przykład, że na komedię da się namówić każdy. Niech pan teraz wyłączy magnetofon, będę wymieniał teraz tytuły polskich komedii, które publiczności nie podbiły...

Zdzisław Pietrasik: Fakt... Wrócę jednak do zarzutu, że robi pan filmy pod publiczkę.

Stanisław Bareja: W gruncie rzeczy szanuję publiczność. Liczę się z jej opinią. Frekwencja to jest ważna rzecz. Jeżeli film obejrzało 20-30 tysięcy ludzi, to moim zdaniem pieniądze zostały wyrzucone w błoto... Ja nigdy nie miałem kłopotów z frekwencją.

Zdzisław Pietrasik: Ale nie można przecież robić filmów dla tzw. przeciętnego widza.

Stanisław Bareja: Przeciętnego widza nie ma.

Zdzisław Pietrasik: To dla kogo robi pan swoje komedie?

Stanisław Bareja: Chciałbym, aby oglądały je jak najszersze kręgi odbiorców. Nie chcę robić filmów wyłącznie dla elity, dla inteligencji. Inteligencja ma tysiące innych sposobów na to, żeby się dobrze rozerwać.

Zdzisław Pietrasik: Sądzi pan, że jest możliwy film dla wszystkich?

Stanisław Bareja: Sądzę, że taki jest mój film "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz".

Zdzisław Pietrasik: Film bawi i śmieszy, chociaż nie wszystkie gagi są w nim najwyższego gatunku.

Stanisław Bareja: Zgadzam się. Ale ja przewidywałem, ze pewien rodzaj żartów będzie niektórych widzów nużył, wobec tego musiałem dać coś z niższych regionów, na co z kolei widz bardziej wyrobiony wzruszy ramionami, powie: ale prymityw.

Zdzisław Pietrasik: Pan wierzy w poczucie humoru widzów?

Stanisław Bareja: Polacy mają bardzo specyficzne poczucie humoru. Wyśmiewamy się z innych, natomiast bardzo nie lubimy, kiedy ktoś się z nas wyśmiewa. Ilu widzów potrafi się obrazić po obejrzeniu jednego filmu, czy po wysłuchaniu utworu satyrycznego! Na całym świecie nie mamy chyba sobie równych. Stanisław Tym opowiadał mi niedawno, że po nadaniu w radiu jego dialogu, w którym występował pijany kolejarz, dostał pismo od pracowników PKP, zaświadczające, że kolejarze w zasadzie nigdy nie piją, i w ogóle to jest obraza tego trudnego zawodu.

Zdzisław Pietrasik: Na pana też się obrażają?

Stanisław Bareja: W zeszłym tygodniu dostałem list od człowieka, który zobaczył w telewizji Bruneta wieczorową porą . Korespondent podpisany jeden z ostatnich abstynentów w Polsce , zarzucił mi, że w filmie za dużo było pijaństwa, że jest to reklamowanie tego zgubnego nałogu. O tyle mnie to ubawiło, że po pierwsze jestem abstynentem, a po drugie zamiar mój był taki, żeby pokazać jak Polacy żałośnie spędzają wolne soboty: wódka, kaszanka i patrzenie w telewizor. Ale uważam, że obrażałbym widza mówiąc mu: zobacz, to jest brzydkie, nie postępuj tak. Postępuj inaczej: czytaj książkę, graj w ping-ponga, kochaj swoją żonę, głaszcz dzieci po główkach. Taka dydaktyka wzbudza tylko śmiech pusty i zrozpaczony widz sięga po następnego kielicha.

Zdzisław Pietrasik: Dzieli pan swoją twórczość na dwa etapy, wyraźnie zaznaczając, że filmy z lat siedemdziesiątych są lepsze. A przecież we wszystkich tych komediach są cechy wspólne, powtarzają się pewne schematy i motywy, mocno już w kinie ograne.

Stanisław Bareja: W komedii wszystko już było. Jest parę motywów, które się powtarzają na całym świecie. Wiadomo na przykład, że śmieszą ludzie zwyczajni w sytuacjach niezwykłych i na odwrót. Jak się parobek ubrudzi, to nic z tego nie wynika, jak ubrudzi się dyrektor, ludzie będą się śmiać. To powiedział Chaplin w 1914 i nic do tej pory się nie zmieniło.

Zdzisław Pietrasik: Ulubieni pana bohaterowie to: głupkowaci dyrektorzy, artyści, badylarze, chłopo-robotnicy ... Takie typy budzą śmiech niemal auto matycznie ...

Stanisław Bareja: Staram się pokazywać jak najszerszy przekrój społeczeństwa. Przyznam się panu, że pierwsze trzy filmy z lat siedemdziesiątych: Poszukiwany, poszukiwana , Nie ma róży bez ognia , Brunet wieczorową porą są mi bliskie z pewnego powodu. Otóż bohaterów tych filmów łączy to, że są ludźmi osaczonymi, zaszczutymi. Zawsze człowiek mówi trochę o sobie. Sam pan wspomniał, że nie byłem hołubiony... W ostatnim moim filmie bohater też przegrywa, choć jemu akurat współczuć nie trzeba. Moi bohaterowie nie są zwycięzcami, nie ma happy endu, bohater nie dostaje wspaniałej dziewczyny, nie ma wielkich historii miłosnych, chociaż mężczyźni mają swoje kobiety.

Zdzisław Pietrasik: Pan w miłość nie wierzy?

Stanisław Bareja: Dlaczego? Proszę pana, ja jestem człowiekiem żonatym od 20 lat.

Zdzisław Pietrasik: Bardzo mizernie w pana komediach prezentują się inteligenci.

Stanisław Bareja: Moja sympatia jest po stronie inteligentów. Pokazuję ich w filmach jako ludzi przegranych, ale tacy są przecież w życiu. Inteligent to człowiek, którego atutami są: fachowość, uczciwość, wrażliwość. Inteligent ma wątpliwości i to osłabia jego siłę przebicia. Przegrywa z cwaniakiem, który idzie do przodu bez skrupułów, potrafi wykorzystać układy i pewne prymitywne instynkty...

Zdzisław Pietrasik: Takim przegranym inteligentem był bohater komedii "Poszukiwany, poszukiwana", historyk sztuki, który przebrany za kobietę zatrudniał się jako pomoc domowa. Pisano, że jest to komedia w przedwojennym stylu. Odebrał pan to jako komplement.

Stanisław Bareja: To jest sprawa zaszufladkowania. Komedia przedwojenna nie miała nic wspólnego z rzeczywistością. To były wyłącznie zmyślone perypetie zabawnych ludzi. Myśmy starali się motyw przebieranki potraktować jako pretekst do pokazania różnych rodzin, w których bohater się znajdzie. Te środowiska w które wchodził były autentyczne. Przebieranie kobiety za mężczyznę i mężczyzny za kobietę, to zresztą stary schemat komediowy. Bardzo często występował u Szekspira. To jest motyw, który ciągnie się od starożytności, aż do naszych czasów.

Zdzisław Pietrasik: Pana śmieszą komedie Barei?

Stanisław Bareja: Nie oglądam swoich filmów w kinie.

Zdzisław Pietrasik: A co pana w ogóle śmieszy w życiu?

Stanisław Bareja: Trudno powiedzieć, człowiek o sobie wie najmniej. Bardzo często tłumaczyłem swoim znajomym, że jestem człowiekiem raczej ponurym. Ale ty się przecież ciągle śmiejesz i to bardzo głośno.

Zdzisław Pietrasik: W czasie tej rozmowy też.

Stanisław Bareja: Zastanawiam się często nad tym jak innych rozśmieszyć. Na każde wydarzenie, w którym uczestniczę, patrzę pod tym kątem. Kiedy funkcjonariusz wlepia mi mandat nie awanturuję się, staram się zapamiętać, jak on mówił, jakie błędy gramatyczne popełnił. Tej zimy mamy kłopot ze śniegiem, wszyscy chodzą wściekli jak diabli, a ja myślę, co by można z tego śmiesznego zrobić.

Zdzisław Pietrasik: Co?

Stanisław Bareja: Gdybym teraz realizował film, to bym coś na pewno wymyślił. A tak to cóż, następnym razem śnieg spadnie za osiem lat...

Zdzisław Pietrasik: Pan jest optymistą. To dlatego pewnie pan został przy komediach. Nie korciło pana, żeby jakiś film poważny nakręcić?

Stanisław Bareja: Mój pierwszy film był komedią, etiudy, które kręciłem w szkole, też były komediami. Takie mam już usposobienie, nie chcę się do niczego zmuszać.

Zdzisław Pietrasik: Bywają takie śmieszne rzeczy, których nie może pan nakręcić?

Stanisław Bareja: No, niejedna jest taka rzecz...

Zdzisław Pietrasik: Czy powodzenie komedii "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz" pozytywnie wpłynęło na nastrój twórcy?

Stanisław Bareja: Powodzenie u widzów dodajmy od razu. Ten film dostał na kolaudacji czwartą, najniższą kategorię, tak że my twórcy żadnej premii nie otrzymujemy. Nie było płatnej reklamy w prasie... Wie pan, co jest najzabawniejsze? Nie miałbym tych wszystkich kłopotów, robiąc nadal filmy w stylu Przygoda z piosenką i Żona dla Australijczyka.

Zdzisław Pietrasik: To może pan nakręci teraz komedię o robieniu komedii?

Stanisław Bareja: Mam napisaną taką historię...

( niniejszy wywiad pochodzi ze strony www.rzeszu.republika.pl )