Tytuł: "Nie chcę płoszyć widzów"
Źródło: "FILM" 1967 r., nr 07, s. 10-11
Autor: Oleksiewicz Maria


""NIE CHCĘ PŁOSZYĆ WIDZÓW"



Oleksiewicz Maria: Przyznam się szczerze, że podzielam opinie zarzucające pana filmom wiele wad. Główną z nich jest chyba nawiązywanie do wzorca przedwojennej, mechanicznej komedii. Dotyczy to może w mniejszym stopniu pana debiutu "Mąż swojej żony", ale już w pełni i Żony dla Australijczyka , i wyświetlanego obecnie Małżeństwa z rozsądku . Jest pan jednak jednym z niewielu naszych reżyserów, którzy konsekwentnie pozostają wierni komedii.

Stanisław Bareja: I nie zamierzają jej zdradzić również w przyszłości. Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś przekonać krytykę i że moje komedie nie będą przez nią tak potępiane. Jednym z pierwszych filmów fabularnych świata był "Oblany ogrodnik" braci Lumiere - recepta na realizację wszystkich dalszych komedii. Były tu elementy, których nie może przekazać żaden inny rodzaj sztuki: -cyrk, teatr czy literatura. Po prostu ci dwaj genialni starsi panowie odkryli specyfikę komedii filmowej i wszystkie następne filmy tego gatunku wykorzystywały już tytko i rozwijały swój pierwowzór: walkę człowieka z rekwizytami, z rzeczami martwymi, których złośliwości nie sposób przewidzieć. Skoro pierwszy film fabularny był komedią, został więc niejako określony w momencie swych narodzin. Zgodzi się pani zresztą, że komedie najmniej się starzeją, że nawet te z lat dwudziestych można z powodzeniem oglądać również dzisiaj i świetnie się na nich bawić. Natomiast ówczesne dramaty są już czymś anachronicznym, chociażby filmy z Gretą Garbo.

Oleksiewicz Maria: I one przeżywają swój renesans; wprowadza się je na ekrany z powodzeniem. Poza tym historia filmu zna wielkie dzieła, których pokazy gromadzą zawsze tłumy widzów, niezależnie od tego przed ilu laty powstały.

Stanisław Bareja: Wymieni pani zaraz takie tytuły, jak "Pancernik Potiomkin" Eisensteina, "Burzę nad Azją" Pudowkina i "Męczeństwo Joanny D' Arc" Dreyera...

Oleksiewicz Maria: I parę innych

Stanisław Bareja:Zgoda, ale procentowo komedie z pewnością nad nimi górują. Jest to gatunek, który zawsze może liczyć na publiczność. Właśnie zwykłe komedie, a nie filmy "nowej fali" próbujące naśladować powieść czy jej dorównać w odkrywaniu psychiki człowieka. Są to zresztą - moim skromnym zdaniem próby ciągle jeszcze nieudane, choć prowadzące kino we właściwym kierunku. Skłonny jestem im przyznać jedną zasługę: rewelacyjną pracę operatorów. Filmy "nowej fali" nie cieszą się zresztą powodzeniem, bo skoro próbują stać się równorzędnym partnerem powieści, muszą odchodzić od akcji, od tego właśnie, co było w pierwszym dziele braci Lumiere. Natomiast moje filmy mają widzów, ponieważ nie są statyczne, mają akcję, w każdym z nich opowiedziana jest jakaś historyjka.

Oleksiewicz Maria: Zapomina pan jednak, że popularność i ocena filmu to często dwie różne sprawy. Przygotowując się do tej rozmowy, odnalazłam dane na które już niegdyś powoływał się nasz tygodnik; pierwszy pana film - "Mąż swojej żony" był trzecim co do "popu1arności" tytułem w ankiecie Ośrodka Badania Opinii Publicznej przy Polskim Radio i Telewizji w 1962 roku, ale na liście "ocen" zajął bardzo dalekie, bo dwudzieste dziewiąte miejsce.

Stanisław Bareja: Wydaje mi się, że nie bez znaczenia jest tu również swoista psychologia widza, zawsze nieco zawstydzonego już po wyjściu z kina, że przez diwie godziny się śmiał. Dopiero poza salą kinową zaczyna się zastanawiać, co w tym filmie było śmiesznego. Ale jestem przekonany, że te dwie godziny rozrywki były mu potrzebne dla zdrowia. Niech pani zresztą spojrzy na nasz program telewizyjny. Dam przykład jednej z ostatnich niedziel: o 15.30 "Wojna domowa", później De Sica, teleturniej "Wielka gra", . Listy śpiewające Osieckiej, "Czarownice" - amerykański film komediowy w odcinkach, potem "Słownik wyrazów obcych" i zestaw melodii z "My Fair Lady". Jeden olbrzymi ciąg pozycji rozrywkowych. Wątpię, aby któryś z telewidzów ruszył się w tę mroźną niedzielę z domu i zechciał pójść do kina. Po co? Telewizja dostarczyła mu rozrywkę wprost do mieszkania. Ci, którzy ten program układali, zdawali sobie sprawę z zapotrzebowania widowni na taki właśnie lekki profil. Zarzuca się często telewizji, że wyświetla zbyt dużo tandetnych filmów rozrywkowych, zamiast filmów ambitnych, trudnych. Odpowiada się, że nie mamy pieniędzy, aby kupować dobre. Ale seryjne filmy polskie pokazywane w TV również nie należą do najambitniejszych, nie daje się np. Brandysa w odcinkach.

Oleksiewicz Maria: A więc decyduje tylko liczba widzów. Nie przejmuje się pan głosami krytyki?

Stanisław Bareja: Owszem, martwią mnie jej zarzuty, ale gdybym posłuchał jej rad, to sądzę, że straciłbym widzów. Ale wcale nie jestem zadowolony z moich filmów i też mógłbym im wytknąć parę wad.

Oleksiewicz Maria: Naprawdę? Proszę chociaż o jedną.

Stanisław Bareja: Jest w nich zbyt mało gagów. Ale wynika to z tzw. trudności obiektywnych. W naszej kinematografii nie istnieje instytucja "gagmenów". Opowiadano mi, że z ich pomocy korzystają najwybitniejsi twórcy komediowi: Tati czy Etaix. I tak, na przykład kiedy Tati przygotowuje scenariusz i chce mieć w nim scenkę z kiwającym się stołem to zwraca się do pięciu specjalistów, którzy po paru dniach przynoszą mu dwadzieścia najprzeróżniejszych propozycji. On wybiera najlepszą i najśmieszniejszą. Natomiast ja sam, jeżeli uda mi się wymyślić dziesięć żartów, to uważam, że to i tak jest sporo. Ale nie znajdę nikogo, kto by podał mi jeszcze dwadzieścia brakujących. Nawet nasze najlepsze komedie mają momenty zapaści.

Oleksiewicz Maria: Czy nie znajdzie się w Polsce nikt dowcipny?

Stanisław Bareja: Ja osobiście widzę dużą szansę w wykorzystywaniu aktorów. Najlepsze komedie realizowali na ogół wykonawcy związani z estradą, cyrkiem czy music-hallem. Przypomnę tu tak sławne nazwiska jak Chaplin, Keaton, a teraz Tati i Etaix. Wszyscy oni robili lub robią filmy w pewnym tego słowa znaczeniu "autorskie": są ich scenarzystami, reżyserami, wykonawcami głównych ról. Znali widza, umieli przewidywać jego reakcje. W przyszłości chciałbym również zrealizować film współpracując ściśle z jednym z naszych aktorów estradowych, skorzystać z jego propozycji i inwencji. W komedii aktorzy muszą dać się ośmieszyć.

Oleksiewicz Maria: A nie godzą się na to?

Stanisław Bareja: Aktorzy tak, aktorki o wiele rzadziej.

Oleksiewicz Maria: Na całym świecie komedia korzysta dziś z realiów obyczajowych i sytuacyjnych. Tymczasem w pana filmach jest ich szalenie mało. Właściwie te historyjki mogłyby się zdarzyć zawsze i wszędzie.

Stanisław Bareja: Tak pani sądzi? Otóż chciałem pani powiedzieć, że historia mariażu w "Małżeństwie z rozsądku" jest oparta ma faktach autentycznych i mogła mieć miejsce tylko w Polsce. Czyż nie jest charakterystyczne, że bogaczem jest straganiarz? Dwa najmniej prawdopodobne zdarzenia z tego filmu: kradzież nici i małżeństwo córki bogacza z ciuchów i artysty są tu jak najbardziej prawdziwe. Już ktoś inny wpadł przed nami na pomysł, że najlepszą metodą unikania domiarów i ukrywania własnych dochodów jest przelewanie ich na konto artystów Korzystających ze sporych ulg podatkowych, Zięć artysta może się okazać w takiej sytuacji prawdziwym skarbem. Właściwym bohaterem tego filmu są pieniądze. Żałuję, że nie zostało to odczytane.

Oleksiewicz Maria: To nie jest winą widzów.

Stanisław Bareja: Chciała pani powiedzieć, że tylko moją? Zgada, ale trudno w komedii przeprowadzać wykład o naszym specyficznym systemie podatkowym, potępiać naszych drobnych kapitalistów, pokazywać, jak pieniądz zmienia człowieka. Nie chciałem wypłoszyć widzów. Dałem im więc trochę sentymentalnych perypetii, nieco farsy i sporo piosenek, bo wiem, że widz szukający rozrywki, stawia piosenkę na pierwszym miejscu. Są tu nawet rozebrane dziewczyny.

Oleksiewicz Maria: Ba, gdyby się jeszcze umiały rozbierać...

Stanisław Bareja: Również i tego trzeba się nauczyć.

Oleksiewicz Maria: Starał się pan obronić "Małżeństwo z rozsądku" przed zarzutem "ponadczasowości". Trudniej już by to było zrobić z "Żoną dla Australijczyka".

Stanisław Bareja: Zwłaszcza, że jest to przeróbka przedwojennej farsy, Romana Niewiarowicza "Co z takim zrobić?". Ale okazało się, że zawarty tu schemat porwania dziewczyny jest nadal bardzo atrakcyjny. Niech pani sobie przypomni powodzenie drukowanej w "Przekroju" powieści "Kolekcjoner". Udało mi się także pokazać w tym filmie półgodzinny koncert "Mazowsza", co w dobie propagowania i mody na "big beat" uważam za spory sukces. A w końcu film miał dwa miliony widzów i ogromne powodzenie za granicą. Wśród Polonii amerykańskiej Wiesław Gołas dzięki "Żonie dla Australijczyka" jest dziś jednym z najpopularniejszych polskich aktorów. Zgadzam się, że krytyka ma obiektywnie sporo racji twierdząc, że używam starych schematów i prymitywnych sposobów, ale nieraz okazują się one bardziej niezawodne od wielkich zamierzeń i ambicji.

Oleksiewicz Maria: Trudno jednak liczyć, że sytuacja pozostanie bez zmian. Czy naprawdę uważa pan, że tylko w starych polskich komediach można odnaleźć receptę na zdobywanie widowni? Przecież musi pan mieć jakiegoś mistrza. Kto nim jest w takim razie?

Stanisław Bareja: Rene Clair, a zwłaszcza jeden z jego filmów - "Milczenie jest złotem".

Oleksiewicz Maria: Dlaczego wobec tego nie stara się pan nawiązać do tak pięknych tradycji?

Stanisław Bareja: Filmy Claira były komediami dzięki specyficznemu sposobowi widzenia i umiejętności opowiadania historii, które dla innego reżysera byłyby materiałem na dramat, na filmy typu "horror" czy rozprawy filozoficzne. Chciałbym kiedyś zrobić taki film, który inaczej opowiedziany byłby dramatem, a nie bajką, jak "Małżeństwo z rozsądku". Może ściślejsza współpraca z aktorem w filmie, który chciałbym realizować w przyszłości, przyniesie coś pozytywnego? Nie wiem. W każdym razie pragnąłbym mieć nie tylko widzów, ale i mniej nagan krytyki.

( niniejszy wywiad pochodzi ze strony www.rzeszu.republika.pl )