Tytuł: "Niedźwiedzi uścisk komedii" - recenzja książki Macieja Łuczaka
Autor: Iwona Kurz


"Niedźwiedzi uścisk komedii"


   "Bareizm" to termin, który został ukuty na długo przedtem zanim Stanisław Bareja stał się reżyserem kultowym. Choć już to świadczy o randze reżysera - nie było przecież "wajdyzmu" czy "zanudzizmu" (przebąkuje się o "kieślowszczyźnie") - i o tym, że udało mu się stworzyć styl niepowtarzalny, jedyny, a na dodatek ważny, swoisty nurt w dziejach kinematografii polskiej.

Dziś "bareizm" bywa utożsamiany z absurdalnym poczuciem humoru. U swych początków pojęcie to jednak było pejoratywne, oznaczało zabawę w złym stylu - i początkowo zabawą konwencjonalną. Co prawda Mąż swojej żony, debiut Barei z 1961 roku, oceniany był przez recenzentów ("Trybuny Ludu") jako "rozrywka w dobrym guście i smaku, przyjemnie umuzykalniona i uśpiewniona", ale przez kolegów reżysera już wtedy oceniony nisko jako próba schlebiania najniższym potrzebom publiczności. A nie publiczność miała być najważniejsza.

Grzech Barei polegał na tym, że zajmował się kinem popularnym, a ważkie tematy podejmował z perspektywy zwyczajnej, codziennej i "przez pryzmat mięsa". Ta perspektywa bliska była widzom jego filmów. Tymczasem w rzeczywistości lat sześćdziesiątych kultura popularna z trudem torowała sobie drogę do oficjalnego uznania - zawsze i przede wszystkim utwory nieść miały "treści". W tej kwestii postawa reżysera Misia była konsekwentna - jako jeden z pierwszych w Polsce realizował dla TV filmy z ukrytej kamery.

Ten ostatni gatunek dobrze ujawnia pomysł Barei na opisanie rzeczywistości peerelowskiej, polegający na zderzeniu człowieka z materią, w klasycznym rozumieniu, takim jakie znamy z komedii slapstickowej chociażby. Tyle że ta materia w rzeczywistości peerelowskiej przestawała podlegać prawom fizyki, ba, jakimkolwiek prawom - jak pisze autor monografii Barei - miały powstawać gagi w stylu Sennetta, ale brakowało odpowiedniego kremu; dostarczany na plan filmowy nie chciał się kleić. Świat przedstawiony filmów Barei rodził się na planie ze zderzenia gospodarki wymyślonej przez Marksa i śmiechu braci Marx; Maciej Łuczak przywołuje w tym kontekście doświadczenia okupacyjne, jako swoiste preludium do peerelowskiej rzeczywistości "na niby" - na przykład znany przepis na "Głuchą rybę: zupę jak z ryby bez ryby".

Maciej Łuczak zgrabnie zatem wydobywa to, co dziś świadczy o recepcji twórczości Barei, który oglądany jest niemal jak dokumentalista; jedyny, który w swoich filmach ocalił obraz peerelowskiej codzienności. Mówi się tutaj zatem o surrealizmie socjalistycznym, ale w gruncie rzeczy prezentuje go niczym realizm - tyle że zgnieciony w niedźwiedzim uścisku absurdu; absurdu jednak, który nie wynika ze szczególnej perspektywy autorskiej, ale wpisany jest w "żelazną logikę systemu". Z perspektywy czasu twórczość Barei jest także przypomnieniem, że polska codzienność nie była przede wszystkim ani partyjna, ani opozycyjna - ale kolejkowa.

"Wiesz, co robi ten miś? On odpowiada żywotnym potrzebom polskiego społeczeństwa" - autor monografii cytuje jeden z najbardziej znanych filmowych grepsów. Twórczość Barei także "odpowiadała na zapotrzebowanie" i - zwłaszcza w latach 80. - pełniła wręcz rolę terapeutyczną. Dziś jest twórczością kultową, dużo bardziej znaną i cenioną niż w latach, gdy powstawała, a jej fani znają dialogi Misia na pamięć. Z takiej pasji powstała książka Macieja Łuczaka, bogata w szczegóły, dobrze udokumentowana i sprawnie napisana. Autor przywołuje bogactwo skojarzeń - zarówno wynikających z kontekstu twórczości, jak i wysokich kontekstów sztuki; stara się też pokazać filmowy świat Barei jako świat jeden i spójny (przynajmniej na tyle, na ile da się go tak pokazać). Niezależnie od prawomocności skojarzeń pozostają one przede wszystkim skojarzeniami, ponieważ autor nie tyle zajmuje się interpretacją, co dowodzeniem, że twórczość Stanisława Barei rozwijała się konsekwentnie od pierwszych filmów rozrywkowych, przez kolejne komedie, by osiągnąć kulminację i spełnienie w Misiu. Ten teleologiczny koncept razi, ponieważ podporządkowana mu została konstrukcja książki ze szkodą dla innych wątków, które proszą się o rozwinięcie i szkodą dla argumentów, którym przydałoby się poparcie analizami, a nie wyliczeniami. Podobnie jak razi ostatni pomysł autora, kiedy wzdycha on, że dziś to dopiero Stanisław Bareja by pokazał - tak bardzo podobno dzisiejsza rzeczywistość prosi się o podobne opisanie. Teza ta przeczy założeniu, że istota odkrycia Barei polegała na pokazaniu absurdu jako wpisanego w system. Przede wszystkim jednak przypomina kwękactwo w stylu, który obcy jest zarówno duchowi, jak literze twórczości Stanisława Barei. Autorowi monografii Miś przesłonił nieco widok; zabrakło mu cechy niezbędnej w fachu komediowym - dystansu, zarówno w stosunku do ulubionego twórcy, jak wobec rzeczywistości, w której twórca ten stał się reżyserem kultowym.