Tytuł: "Przechodź po pasach"
Źródło: "FILM" 1976 r., nr 45, s.9
Autor: Dondziłło Czesław


"Przechodź po pasach"


   I oto mamy Bareję zupełnie nie takiego, jak go sobie już zaklasyfikowaliśmy. Piewca drobnomieszczaństwa polskiego, ten, który robi filmy pod publiczkę i do tego nie za bardzo się z tym kryje, podpisał coś, co jest nie tylko śmieszne, ale i niegłupie. Brunet wieczorową porą to gorzkawa komedia współczesna utrzymana w konwencji groteski, która przypomina trochę głośny przed laty film Chmielewskiego Ewa chce spać . Po sukcesie tamtego filmu dłuższy czas deliberowano, czy aby przypadkiem typ humoru opartego na nonsensie i absurdzie, na groteskowym przerysowaniu dobrze znanych z życia sytuacji nie jest po prostu naszą narodową specjalnością. Zastanawiano się, czy "Ewa" nie rozpoczyna przypadkiem polskiej szkoły w komedii filmowej. Nie rozpoczęła. Wszystkie późniejsze próby wykorzystania tej konwencji zawodziły sromotnie. Rozmaite były tego przyczyny, ale tak naprawdę to nikt nigdy nie zajął się uczciwą analizą krytyczną i tamtego jednorazowego fenomenu, i późniejszych niewypałów. Podejrzewam, że problem nie wyczerpuje się w rejonie estetyki czy psychologii twórczości, ale jest także mocno zakotwiczony w związkach z ogólniejszą sytuacją kultury, obyczajów społeczno-politycznych, czasem historycznym i naszym życiem w ogóle.
   "Brunet wieczorową porą" jest filmem zrodzonym z prostej, ale niesłychanie celnej konstatacji na temat bylejakości naszego życia. Mamy to już właściwie w introdukcji. Tłem dla napisów czołowych jest scenka uliczna z warszawskiej Wisłostrady, ponad którą zbudowano wspaniałe kładki, tyle, że ludzie przechodzą dołem, przez jezdnię. Gag jest kunsztownie rozbudowany, bo znajduje swoją puentę dopiero w następnym ujęciu, kiedy bohater - znakomita rola Krzysztofa Kowalewskiego - przechodzi przez jezdnię kilka centymetrów obok pasów i z radiowozu zostaje pouczony o konieczności chodzenia po zebrach. Wisłostrada, kładki, tłum szorujący przez jezdnie i ten tu, tuż obok pasów, przywoływany do porządku. Albo transakcje związane ze zdobyciem linki sprzęgła do Syreny . Cóż za przemyślny łańcuszek zależności wielu ludzi i ich profesji. Masarnia, kwiaciarnia, a rzecz idzie o sprzęgło. No i podstawowa sprawa, także uchwycona celnie: stosunki międzyludzkie. Wobec kogo jesteśmy życzliwi, jacy jesteśmy interesowni w dobrym, a bezinteresowni w zatruwaniu sobie życia. Gdybyż tak Barei udało się bardziej precyzyjnie połączyć wszystkie te spostrzeżeniu w fabularną całość, uprościć zbyt zawiłą i nudnawą miejscami intrygę kryminalną i doprowadzić do końca, wygrać do maksimum wiele gagów, jak choćby ten z kaszanką, to myślę, że otrzymalibyśmy drugą "Ewę". Reżyser jakby się w niektórych momentach zatrzymywał w pól drogi, jakby się bał opuszczać rejon satyrycznej, realistycznej obserwacji. Tymczasem o krok rozciągał się fantastyczny świat totalnego absurdu w którym wszystko jest możliwe, nie dziwi ani Cyganka, która zna numery totolotka, ani panienka z telewizora, która radzi wyłączyć telewizor w celu zaoszczędzenia prądu itd. Groteska. biorąc z życia prawdziwe fakty, dla celów komediowych wyolbrzymia je, deformuje; w ten sposób trafiają one do odbiorcy w kształcie najbardziej wyostrzonym, często kuriozalnym. Coś, czego się nie dostrzega latami, co nam spowszedniało - w groteskowym kontekście jawi się nagle jako oczywisty absurd. Tych absurdów w życiu jest dużo i bardzo dobrze, jeśli od czasu do czasu ktoś stara się o nich mówić bez wielkiego zadęcia i prokuratorskiej togi. Komedia nadaje się do tego znakomicie. Brunet wieczorową porą to może nie do końca udany, ale śmieszny film o nieśpiesznych sprawach.