Tytuł: "Okiem błazna"
Autor: Dolińska Elżbieta


"Okiem błazna"


   Romansowe perypetie dyrektora Krzakoskiego poszły w Polskę i znalazły swoją wierną publiczność, tak jak znalazły ją poprzednie filmy Stanisława Barei - tego chłopca do bicia polskiej kinematografii. Filmy Barei publiczność ceniła sobie od lat, podczas kiedy krytyka piętnowała zawsze ich prymitywizm, sytuując Bareję gdzieś w pobliżu artystycznego dna.
   Logika uczy jednak, że z dna wiedzie tylko jedna droga - w górę. Wszystko się zmienia, mówi w finale jeden z bohaterów filmu; więc i Bareja również. Zwłaszcza że to, co krytyka przyjęła określać mianem bareizmu, zdążyło rozkwitnąć znacznie bujniej w tylu innych filmach. Nie chcę przez to powiedzieć, że film Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" zasadniczo różni się od poprzednich filmów tego reżysera. Przeciwnie: jest bliźniaczo podobny, ale tym razem tworzy całość znaczącą.
   Bareja chodzi z kamerą tam, gdzie i my wszyscy, pokazuje rzeczywistość, którą znamy z autopsji, ale oglądamy ją na co dzień zbyt pośpiesznie, by dostrzec w niej swoisty, często absurdalny humor. Bareja opowiada dowcipy, z których śmiejemy się serdecznie w dwie, trzy, dziesięć osób, ale których nikt z nas nie opowiada kamerą, bo kino wydaje się stworzone do wyższych celów. Akceptacja filmu Barei to właśnie zgoda na to, że wysłuchamy dowcipów z ekranu, a nie od kogoś, kto stoi obok. Będą tak samo różnego lotu - od świetnych, przez takie sobie, aż do kwitowanych wzruszeniem ramion, zwłaszcza przez damy. A że percepcja dowcipu to sprawa szalenie indywidualna, niech każdy sam wybiera to, co dla niego najśmieszniejsze. Przecież żadna seria dowcipów nie prezentuje wyrównanego, wysokiego poziomu.
   Nazwanie Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" wartką komedią, opartą na humorze sytuacyjnym, również nie wyczerpuje sprawy. Przewodni wątek dyrektora Krzakoskiego dość szybko rwie się, traci tempo, w końcu zdecydowanie schodzi na drugi plan i prawdę mówiąc jego finał staje się obojętny. Niby jak na film akcji coś nie tak, ale myślę, że to zamierzone, fabuła od początku do końca miała być pretekstem do spoglądania dookoła. I bardzo dobrze, bo to w rezultacie nie Krzakoski jest bohaterem filmu.
    Każda rzeczywistość serio ma swój wariant humorystyczny, swoje lustrzane odbicie w absurdzie. To prawda znacznie starsza niż kino, a może nawet niż literatura. Bareja konsekwentnie portretuje tę, drugą wersję rzeczywistości i ma nie lada protoplastów. Jeśli bowiem można by się zastanawiać, kto we współczesnym polskim kinie jest królem, to czyż Bareja nie zasługuje na miano królewskiego błazna?