Tytuł: "Mieszkanie na groblach"
Źródło: "FILM" (1973 - ) 1975 r., nr 01 , s.7-8
Autor: Tadeusz Sobolewski


"Mieszkanie na groblach"


    Komedia "Nie ma róży bez ognia" powstała ze skrzyżowania dwóch przepisów: że osoby spoza Warszawy w zasadzie nie mogą meldować się w mieście - i że jeśli ktoś jest już zameldowany, to nie wolno go wyrzucić. Chyba że przez sześć miesięcy nie daje znaku życia. Dobrowolski i na to znajdzie sposób - przysyła kartki polecone z pozdrowieniami. Tak więc Fedorowicz raczej nie ma szans, aby odczepić się kiedykolwiek od pierwszego męża swojej żony.

   Ale to jeszcze nic. Za Dobrowolskim w kolejce do mieszkania na Groblach ustawiają się: jego fikcyjna żona, badylarka ze swoim prawdziwym narzeczonym-chamem (Tym) i tatusiem (Czechowicz). Co ma robić główny lokator? Rzuca na szalę prostytutkę z "Kaukaskiej". Dobrowolski odpowiada na to dzieckiem. Wtedy Fedorowicz... dużo by opowiadać. Dość, że zagęszczenie rośnie. Oto w skrócie treść komedii "Skarb", tyle że przeniesionej z roku 1949 do 1974.

   Tutaj także do pary bohaterów uśmiecha się happy end. Szaflarska i Duszyński oglądali ze wzruszeniem makietę nowego bloku na Muranowie. Fedorowicz i Kowalska liczą na cztery pokoje w willi. No ale gdzie będzie mieszkać pierwszy mąż?


      

   Z kombinacji przepisów meldunkowych z przepisami rozwodowymi może wyniknąć całkiem śmieszny film. Działania postaci coraz szybsze, pomysły wykurzenia gościa coraz bardziej nie prawdopodobne (ale wszystko w zgodzie z przepisami!). Dochodzi do takiego spiętrzenia intrygi, że musi nastąpić wybuch.

   Główną zaletą "Nie ma róży bez ognia" jest nonszalancja, z jaką podaje się tu dowcipy lepsze i gorsze. Akcja ani na chwilę nie przysiada, film leci naprzód w dobrym tempie, nie czekając na oklaski, ani ,nie siląc się na "artyzm". Obserwujemy jednak - chyba po, raz pierwszy u tego reżysera - że nie ma przemytu taniochy.

   Zagęszczenie panuje nie tylko w mieszkaniu młodego małżeństwa, ale także w czołówce filmu. ,.Nie ma róży bez ognia" ma właściwie czterech autorów. Jako scenarzyści i autorzy dialogów wymienieni są: Stanisław Bareja, Jacek Fedorowicz, Jerzy Dobrowolski, Stanisław Tym. "Nie ma róży..." opiera się na cytatach. Nie byłoby tego filmu bez Harolda Lloyda (niezamierzone akrobacje na ścianie wysokościowca), ale i bez "Rejsu", bez programów telewizyjnych Fedorowicza i Gruzy; bez "Owcy" Dobrowolskiego i bez "Kochany panie Ionesco" 'Tyma. Zwłaszcza bez tego ostatniego. Tym potrafił rzeczywiście zgromadzić w jednym spektaklu STS-owskim tyle absurdów sklepowo-biurowo-ulicznych, że stawało się to groźne. Wtedy przedstawienie urywało się, na scenę wychodził autor i wygłaszał... przemówienie, serio, entuzjastycznie przyjmowane przez widzów. Był to teatr prawdziwej satyry. Film próbuje tego stosunkowo nieśmiało, jednak jest i tak mniej spóźniony w porównaniu np. z komedią "Wiosna, panie sierżancie", gdzie każą ludziom się śmiać z... kampanii przeciw stonce amerykańskiej.

   W filmie "Nie ma róży..." tkwi zalążek prawdziwej komedii w dawnym stylu. A to dzięki parze Fedorowicz - Dobrowolski. Krótkowidz i jego prześladowca. A więc nie tylko ciąg skeczów, jak to w komedii polskiej bywa od 1930 roku do dziś, ale bajka o inteligenciku w okularach, który ma swojego natręta, kolesia. Ten koleś zmusza go do nadludzkich wyczynów. Fedorowicz sili się na podstępy, ale wszystko to daremnie. Dobrowolski o nic się nie obrazi, jeszcze poklepie po ramieniu. I Fedorowicz wychodzi na szuję. Próbuje grzechu, uczy się przekupstwa, stręczycielstwa. Urzędniczce na poczcie podsuwa pudełko czekoladek. W nocnym lokalu szepce do portiera: proszę pana... ja... poszukuję "prostytutki". Ekspedientki, urzędnik administracji, panie zza okienka - to przed nimi ten poczciwy człowiek realizuje swoje chytre pomysły. A oni i tak są w zmowie tym drugim, z jego lokatorem.

   Stanowczo Fedorowicz i Dobrowolski powinni zaraz się zabrać do kręcenia następnego filmu, póki nie opuści ich dobry humor. Zapewne i dzięki nim Bareja - reżyser wyklinany zasłużył na amnestię.